Jak wyjść z zaklętego kręgu biedy

Może nie raz zastanawiałeś się, skąd jest bieda? Czytałeś różne mądre teorie z marksistowską na czele, która wszystkie problemy świata sprowadza do biedy, nędzy materialnej. Niedawno ukazała się świetna książka “Kapitał w XXI wieku”, w której autorzy dokonali przeglądu stanu badań nad bogaceniem się i pauperyzacją narodów wybranych krajów europejskich z XX wieku. Doszli do wniosku, że jeszcze nigdy nie było takich możliwości bogacenia się, jak dziś i zarazem takiego ryzyka bankructwa jak dziś. To trochę jak w ruletce – w grze tej można bez wysiłku stać się milionerem w jeden wieczór, albo nędzarzem w tym samym czasie.

Inne teorie głoszą, że “bieda nie jest stanem natury”, tylko “sposobem bycia”, “stylem myślenia”, błędnymi poglądami na temat pieniędzy. Nigdy w szkole, przynajmniej za PRL nie uczono podstaw ekonomii, finansów, zarządzania pieniędzmi. Nędza, jak wtedy panowała, nie daje się porównać jednak z obecną, bo wtedy biedni byli prawie wszyscy, a teraz postępuje rozwarstwienie między coraz węższą grupą coraz bogatszych, a coraz liczniejszą grupą stale biedniejących. Bogaci, którym się udało, izolują się od reszty świata, a nowobogackie getta w wielkich miastach omijają szerokim łukiem ludzie, którym się jak dotąd nie poszczęściło i szwendają się po ulicach, galeriach handlowych, a najczęściej dworcach wielkich metropolii, licząc podświadomie, że nadjedzie wreszcie ich pociąg do godnego życia.

Przede wszystkim zapomnij o wszystkim, co ludzie mówili ci o pieniądzach. Podstawowy błędny slogan brzmi: “nie dają szczęścia”. Trochę dają, trochę nie dają. Oczywiście, że jeśli jesteś schorowanym bogaczem, to musisz najpierw wyzdrowieć, aby docenić luksus. Biedny, ale całkowicie zdrowy biedak jest bardziej szczęśliwy. Jednak zazwyczaj jest tak, że bieda przyciąga stany depresyjne, a te przekładają się z czasem na stan organizmu, pojawiają się różne choroby, z czasem nawet inwalidztwo i renta, która nie pozwala przeżyć nawet tygodnia. I odwrotnie: bogactwo pozwala na prywatną opiekę medyczną, szybszy dostęp do specjalistów i zabiegów, pozwala na wstęp wszędzie tam, gdzie biednych się wyrzuca. Bo dziś – inaczej niż dawniej – bieda razi, powoduje wstyd u biednych i zażenowanie połaczone z fałszywą litością u bogatych, którzy dla uspokojenia sumienia wrzucą czasem Cygance albo żebrakowi bez nogi 5 złotych do skarbonki.

Jeśli doświadczyłeś biedy, wiesz o czym mowa. Nie możesz pozwolić sobie na żadne luksusy, właściwie luksusem czasem staje się to, co człowiek potrzebuje w pierwszym rzędzie: dach nad głową, porządne ubranie, zdrowe jedzenie. Zaczynasz często się przeprowadzać, rezygnujesz z dwóch pokoi, wprowadzasz się, często z rodziną, do kawalerki, a ścisk jeszcze potęguje zły nastrój. Nosisz czyste, ale niemodne ubranie, co powoduje podświadomy lęk przed kontaktem z ludźmi i byciem w przestrzeni miejskiej, uniemożliwia właściwe zachowanie, także na rozmowach kwalifikacyjnych. Zaczynasz jeść mniej zdrowe, tańsze jedzenie, pełne chemii, która z czasem przekłada się na zdrowie. Często biedni palą – jeśli ciebie i to spotkało, wiesz, ile ten nałóg kosztuje, a na zasadzie błędnego koła, jeszcze pogarsza sytuację. Nie możesz nigdzie wyjechać, a o solidnym urlopie zapomniałeś dawno. Jeżeli jeździsz do kiepskiej pracy, to tramwajem i często bez biletu. Dzieci noszą ubranka po sobie, starte spodnie i poplamione koszule, żona dwoi się i troi, aby z twojej minimalnej pensji (obecnie w 2018 roku 1750 zł na rękę) przeżyć do kolejnej wypłaty. Zaciągasz chwilówki, żeby opłacić telefon, internet, telewizję. Po chwili bierzesz następną pożyczkę, aby spłacić poprzednią. Pętla się zaciska z wolna, ale skutecznie. Na końcu tej drogi jest komornik, który wynosi po kolei wszystko, co się da i ma jakąś wartość, widmo pomocy społecznej, też przecież niewystarczającej i życie w skrajnym ubóstwie.

Zarysowany schemat ma tysiące odmian. Bieda zawsze jest inna, ten rodzaj nieszczęścia jest zawsze u każdego inny. Jednak wspólne jest jedno – poczucie beznadziejności, bezradność, depresja, myśli samobójcze, poczucie, że nie ma się mocy sprawczej i kontroli nad swoim życiem, że coś się przegrało, straciło, coś się załamało. Oczywiście, bieda oglądana z daleka nie wydaje się czymś ciężkim. Jest tak dopóki samemu się jej nie doświadczy.

Co ma zrobić powiedzmy człowiek, który ma studia, albo chociaż liceum, a nawet zawód w ręce, ciężko pracuje, bierze nadgodziny, rezygnuje z urlopów, a nadal jest biedny i nic nie może odłożyć? Nie jest prawdą, że bieda dotyka tylko schorowanych i starszych oraz ludzi z nałogami, czy innymi patologiami społecznymi. Coraz częściej mówi się o warstwie społecznej, którą nazywamy “prekariatem”. Zazwyczaj jest to statystyczna rodzina, gdzie oboje pracują, nie tylko fizycznie, mają dwójkę lub trójkę dzieci. Zamieszkują w suterenie albo na poddaszu, płacą czynsz i inne media, i kupują jedzenie. Im większa bieda, tym więcej przeznacza się na jedzenie – jest tak zarówno w rodzinach, jak w całych społeczeństwach. Wszystko pochłania mieszkanie, często do remontu i wyżywienie. Pomoc społeczna albo zasiłki niewiele dają. Widoków na lepszą pracę nie ma. Codziennie jest taki sam dzień: rano wstają do pracy, wyprawiają dzieci do szkoły, w której czują się gorsze, bo równieśnicy mają najlepszy model smartfona, potem szybko idą do ciężkiej pracy. Razem zarabiają może 3 tysiące złotych. Wyżywienie czteroosobowej rodziny za taką kwotę nie jest niemożliwe, ale trudne. Bieda uczy oszczędzania, ale niestety za późno. To, co najpierw jest dobrowolne, staje się smutną koniecznością. Oczywiście, pomagają rodzice, ale znajomych jest mniej – osoby biedne mają z reguły mniej gęstą sieć wsparcia. A jeśli rodziców już nie ma? Wtedy pozostają sami sobie z dziećmi, które z roku na rok potrzebują więcej funduszy.

Jak wyjść z błędnego koła, polegającego na tym, że bieda wymaga dobrej pracy, a dobra praca wymaga inwestycji czasu jej poszukiwania, dokształcenia się (kursy, nawet on-line kosztują) i zdrowia? Nie jest to łatwe. Przede wszystkim biedni często myślą inaczej: bogaci wiedzą, że pieniądze szczęścia nie dają, są środkiem do celu. Biedni przez to, że nie mają pieniędzy albo je deprecjonują, by w ten sposób usprawiedliwić swoją sytuację, albo sądzą, że gdy tylko coś się zmieni i pieniądze się pojawią, wszystko się ułoży. Niektórzy zakładają biznes, ale nie z pasji, czy zamiłowania, tylko dla pieniędzy. Brak pieniędzy sprawia, że cały czas są one przedmiotem rozmów i nieustannego o nich myślenia. Paradoksalnie bogaci nie myślą o pieniądzach, traktują je jako coś oczywistego, co “im się należy” za ciężką pracę. Mowa o bogatych, którzy dorobili się własną ciężką pracą, a nie o tych, co mają spadek po wujku w Ameryce. Jest prawdą, że bogaci, którzy doszli do fortuny innymi niż ciężka praca środkami (legalnymi, ale łatwymi), szybko, najdalej w drugim pokoleniu tracą majątek i znowu stają się biedni.

Trzeba więc zmienić myślenie, co łatwe nie jest. Nie warto uczyć się nowego zawodu, jeśli nadal traktuje się pracę jak zło konieczne, jak środek do bogactwa. Ludzie naprawdę bogaci często pieniądze traktują jako efekt uboczny ich prawdziwej pasji. Zanim więc zaczniemy szukać lepszej, czyli lepiej płatnej pracy, warto przemyśleć swoje mocne strony, a przede wszystkim co chcę robić w życiu. Wielu, jeśli nie wszyscy biedni niczym się tak naprawdę nie interesuje, nic ich nie pociąga, często ich życie wewnętrzne jest puste, smutne, szare i nijakie. Wielu biednych cierpi na zamaskowaną depresję – deprecjonują swoje życie i siebie, uważają, że do niczego się już nie nadają, są beznadziejni, nic ich dobrego w życiu nie spotka, nic się nie zmieni w przyszłości, która jest czarną ścianą. Jeśli tedy nie masz pasji, może to być znak, że cierpisz na ukrytą depresję, która dotyka w społeczeństwie prawie co czwartą osobę. Nieleczona depresja nie mija – bez pomocy psychologa, czasem nawet psychiatry nie poradzisz sobie, tym bardziej, jeśli towarzyszy jej bieda. W najgorszej sytuacji są zatem biedni, którzy zarazem zmagają się z zaburzeniami psychicznymi. Dopóki depresja nie minie, nie poprawi się sytuacja finansowa. Ale żeby depresja minęła, trzeba ją rozpoznać i leczyć. To kosztuje. Co ma więc zrobić cierpiący podwójnie biedny trzydziestolatek, który uważa, że “nic nie ma sensu”, życie jest beznadziejne, jest pasmem cierpienia i niedoli? Zapisać się, choćby w trybie NFZ do lekarza albo psychologa. Nie warto podejmować w depresji żadnej decyzji życiowej – one z reguły są błędne. Zanim zaczniesz szukać dobrej, odpowiedniej dla siebie pracy, zmieniać zawód, albo zakładać własny biznes – wylecz depresję, która często stanowi prawdziwą przyczynę sytuacji materialnej, w jakiej się znajdujesz. Nie warto się wstydzić wizyty u psychologa, myśleć, że “chyba zwariowałem”, bo depresja to oprócz psychologii także bardzo konkretne zaburzenie, które wpływa na relacje, myślenie i emocje, związki międzyludzkie, słowem – na wszystko.

Kiedy już wyleczysz depresję, może okazać się, że nagle w twoim życiu zaczną pojawiać się nowi ludzie, poznasz nowych znajomych, odświeżysz zarzucone przyjaźnie z czasów szkolnych, odkryjesz, co się naprawdę pasjonuje, odkryjesz swój talent, a może talenty, swoje powołanie, może wręcz przeznaczenie. Poczujesz, że okres, który minął pozwolił ci ujrzeć, co naprawdę jest dla ciebie ważne. Kiedy wszystko traci sens, to dobra chwila, żeby poszukać tej jednej, jedynej rzeczy w sobie i otoczeniu, która sprawi, że popatrzysz na świat bardziej optymistycznie. Optymiści mają więcej przyjaciół, więc i większe szanse na lepszą pracę, bo przyciągają ludzi znaczących, którzy mają kontakty. Nadal przeciez w Polsce najlepsze oferty pracy przekazuje się pocztą pantoflową, przez social media i telefon.

Warto więc widzieć związki między różnymi chorobami, w tym coraz bardziej powszechną depresją, a sytuacją życiową. I nie rezygnując z szukania dobrej pracy, zadbać przede wszystkim o swoją osobowość, nastawienie, nastrój.

[Głosów:2    Średnia:4.5/5]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here