Tajemnice birmańskich piękności
09/07/28
(fot. sxc.hu)
A
A
A
Tajlandia jest krajem, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Zwolennik pieszych wędrówek spędzi czas, przeprawiając się przez azjatycką dżunglę oraz odwiedzając wioski, do których nie zawitała cywilizacja. Miłośnik zabytków odkryje tu wiele interesujących miejsc, w szczególności piękne i klimatyczne buddyjskie świątynie.
Każdy odkryje, jakże odmienną od europejskiej, kulturę ludzi wschodu. Okazując sympatię, spotka się z niespotykaną na starym kontynencie życzliwością. W egzotycznym krajobrazie Tajlandii górują piękne świątynie skąpane w soczystej zieleni, położone wśród egzotycznych kwiatów. Można tam odprężyć się przy dźwiękach religijnych pieśni buddyjskich, upajając się zapachem dymu unoszącego się z kadzideł. Tajlandia jest krajem, o pięknie którego można pisać bez końca, jednak dzisiaj chcielibyśmy opowiedzieć historię spotkania z kobietami o długich szyjach, zwanymi inaczej kobietami żyrafami.
Droga do celu
Lądowanie na lotnisku w Mae Hong Son to przeżycie dla posiadaczy mocnych nerwów. Lot tanimi liniami lotniczymi odbiega od standardów europejskich. Siedzimy upakowani niczym sardynki w puszce. „Wybrańcy losu” trafili na fotele lotnicze zaopatrzone w dodatkową atrakcję – siedzenia, które przechylają się we wszystkie strony zgodnie z ruchami pasażera. Lot trochę się opóźnia, bowiem obsługa samolotu ma jakiś problem z zamknięciem włazu. Gdy już wydaje się nam, że szcześliwie wszystkie przeszkody zostały pokonane, zwracamy uwagę na pęknięcia w drzwiach do samolotu, precyzyjnie zaklejone czarną taśmą. Mamy nadzieję, że ważniejsze elementy statku powietrznego są przymocowane w bardziej trwały sposób.
Miasteczko, do którego lecimy, położone jest w otoczonej górami kotlinie. Dla pilotów lądujących tam samolotów to zapewne „chleb powszedni”. Dla pasażera ostry zakręt z końcówką skrzydła wycelowaną w ziemię na kilkadziesiąt sekund przed przyziemieniem to spora dawka adrenaliny. Szczęśliwie, stanąwszy na twardym gruncie, zabieramy swoje plecaki i bezpośrednio na lotnisku wynajmujemy samochód terenowy. Bez zbędnej zwłoki wybieramy się do wioski ukrytej w pokrytych gęstym, tropikalnym lasem górach pogranicza z Myanmarem. To jeden z obozów birmańskich uchodźców, zwanych potocznie Long Neck Karen. Społeczność znana na całym świecie z kobiet o nienaturalnie długich szyjach przyozdobionych mosiężnymi spiralnymi pierścieniami.
Droga poprzez górskie ostępy zajmuje 3 godziny. Kiedy docieramy na miejsce, słońce wyraźnie kieruje się ku horyzontowi, a z otaczającego drogę lasu docierają coraz głośniejsze dźwięki cykad. Niedługo zapadnie wieczór i bramy wioski zastaną zamknięte.
Po godzinie 18 nikt z jej mieszkańców nie ma prawa znajdować się po ich zewnętrznej stronie. Jedyne wejście strzeżone jest przez posterunek wojska. Uzbrojeni po zęby strażnicy pilnują stanu liczebnego osady. Mieszkańcy wychodzący rano do pracy są liczeni, a wojskowi pilnują, żeby do wieczora do wsi wróciło dokładnie tyle samo osadników, ilu odnotowano rano. Wolimy nie myśleć, jakie konsekwencje grożą mieszkańcom obozu w przypadku, gdyby któryś z nich wybrał wolność. Strażnicy nie wyglądają na ludzi, którzy wiedzą, co to poczucie humoru, a dodatkowej powagi nadaje im broń zaopatrzona w ostrą amunicję.