Squash - sport ludzi sukcesu
2009-01-07
(fot. Essence)
A
A
A
Jest siódma rano. Zawsze trenuje
Pani tak wcześnie?
Ewa Małyszko: To są jedyne godziny,
kiedy panuję nad czasem
(śmiech). Dzień zaczynam o szóstej
piętnaście. Mamy rodzinny zwyczaj, żeby
zawsze o tej porze jeść razem z mężem
i córką śniadanie. Około szóstej trzydzieści
wyjeżdżam na trening. Gram od siódmej,
przez godzinę, czasem dwie. Gdybym
grała wieczorem, na pewno nie byłoby
to takie regularne, bo żeby przyjść
i zagrać, trzeba zarezerwować kort. A czasami
spotkanie biznesowe trwa dłużej niż
planowałam, są korki. O siódmej rano
mogę trenować w miarę systematycznie.
Poza tym rozpoczynam dzień z dużą
dawką energii.
Julia Łapińska:
Jest Pani mistrzynią Polski
w mastersquash, czyli w tzw. grupie
trzydzieści pięć plus. W turnieju open
zdobyła Pani tytuł wicemistrzyni. Codzienne
treningi owocują sukcesami.
Ewa Małyszko:
Bardzo istotna jest dla
mnie wspaniała atmosfera treningów.
Na co dzień funkcjonuję w świecie finansów.
W klubie mogę spotkać ludzi
z różnych branż – prawników, dziennikarzy
czy aktorów. To doskonałe źródło
nowych znajomości i jednocześnie odskocznia
od tego, co mam na co dzień.
Czasem można sobie wzajemnie pomóc,
czegoś się od siebie nauczyć. Owocuje to
również sukcesami w turniejach.
J.Ł.:
A czego nauczył Panią squash?
E.M.:
Sztuki koncentracji i precyzji. Ciągle
nad tym pracuję. Bardzo ważne jest,
żeby wchodząc na kort zupełnie się wyłączyć.
Zapomnieć, co się dzieje za szklaną
szybą i skoncentrować tylko na grze, na
tym, gdzie jest przeciwnik. Gracze to
dwie osoby na korcie, w tzw. klatce. Piłeczka
jest mała, kauczukowa. Dobrze
rozgrzana, potrafi z dużą siłą szybko się
odbijać. Dlatego trzeba bardzo uważać,
żeby nie uderzyć przeciwnika rakietą
i również samemu nie dostać, choćby piłeczką
w oko.
Jednak najistotniejsza cecha, bez której
nie ma mowy o sukcesie w squashu, to
systematyczność. Jeżeli chcemy coś osiągnąć,
zawsze najważniejsza jest praktyka.
Z natury jestem długodystansowcem.
Dla mnie cała radość jest w tym, że systematycznie
coś poprawiam. Często słyszę
od moich trenerów: myśl, robisz to źle.
Wtedy stawiam sobie za cel, że w ciągu
najbliższego seta zagram tak, jak uczyłam
się na treningu. Wracam do podstaw, by
wyeliminować złe nawyki i wypracować
nowe rozwiązania. Robię to czasem nawet
za cenę przegranego meczu.
J.Ł.:
Czy taka filozofia gry przekłada się
na działania w biznesie?
E.M.:
W każdej dziedzinie życia czasami
warto przegrać. Zawsze powtarzałam sobie
i ludziom, z którymi pracowałam,
że opłaca się zrobić jeden krok do tyłu
po to, żeby zrobić trzy do przodu. To się
sprawdza. Sukcesy potrafią rozleniwiać,
dlatego doceniam porażki i staram się
przekuć je na sukces.
J.Ł.:
Przeczytałam na stronie SEB,
firmy, w której przez wiele lat była Pani
prezesem zarządu, że wpisała squasha
w swoją marketingową strategię. Co to
właściwie znaczy?
E.M.:
W SEB realizujemy jasno określone
cele biznesowe oraz dbamy
o zdrowy tryb życia, a co się z tym wiąże,
równowagę w życiu zawodowym i osobistym.
W związku z tym, że ja grałam
w squasha, kilka osób z zespołu też spróbowało.
Od razu połknęli bakcyla. Ktoś
rzucał: jest wolny kort. Reszta: no to
gramy. Tu nie ma znaczenia, czy ktoś jest
prezesem, pracownikiem czy dyrektorem.
SEB TFI wspierał też wszelkie działania,
które były związane ze squashem,
chociażby poprzez organizację turniejów.
Było to potrzebne, bo ta dyscyplina
w Polsce jest wciąż młoda.