W rodzinie siła
2010-06-01
(fot. Essence)
A
A
A
Pochodzą z Częstochowy, a do stolicy trafiły z silnym nastawieniem na
sukces. Siostry Monika Drab-Grotowska i Anna Drab opowiadają o zaletach
rodzinnego biznesu, przewagach małych kancelarii nad korporacjami
i o szerokich możliwościach, jakie daje praktykowanie prawa
Rozmawiała Izabela Sondej fot. Maciej Liese
Czy pamiętacie swój pierwszy
dzień w stolicy?
Monika Drab-Grotowska:
Oczywiście, takich dni się
nie zapomina. Był 27 grudnia 1998
roku. Przyjechałam z jedną walizką, nocnym
pociągiem, żeby zdążyć na rozmowę
kwalifikacyjną w Komisji Papierów Wartościowych
i Giełd. Dotarłam do Warszawy
o 4 rano, byłam śpiąca, zmęczona,
zestresowana, ale wiedziałam, że to miasto
spełni moje marzenia.
Anna Drab: Mnie było łatwiej, bo trafiłam
do Warszawy, kiedy Monika miała
już trzy walizki dorobku (śmiech), więc
miałam znacznie prostszą drogę, ale też
od pierwszego roku studiów pracowałam.
Izabela Sondej: Akademia Stosowania
Prawa to Wasze wspólne dzieło. Dlaczego
postanowiłyście założyć firmę
szkoleniową?
Anna Drab: Właściwie to dzieło Moniki,
to ona, opierając się na swoim doświadczeniu
w prowadzeniu szkoleń i konferencji,
postanowiła założyć własną firmę
szkoleniową. Ja – taka już chyba rola
młodszych sióstr (śmiech) – zostałam
przez nią wprowadzona do świata Akademii
i szkoleń. Dzisiaj już obie jesteśmy
rozpoznawane na rynku.
Monika Drab-Grotowska:
Pracując jako prawnik w KPWiG zaczęłam bardzo dużo
wykładać. Szybko okazało się, że mam
do tego talent. Prowadzone przeze mnie
szkolenia zdobywały najwyższe oceny,
zaczęłam być wysoko cenionym wykładowcą,
również dlatego, że nie koncentrowałam
się na ograniczeniach, ciągle się
uczyłam, stawałam się specjalistą z różnych
dziedzin, szkoliłam z instrumentów
finansowych, rynku kapitałowego, prawa
pracy, prawa handlowego, prawa cywilnego.
Aż w końcu przyszedł kryzys 2001
roku i nie zawsze moi zleceniodawcy wywiązywali
się z płacenia mi honorariów za
wykłady. Gdy zaległości zrobiły się kilkutysięczne,
mój mąż namówił mnie, abym
założyła własną firmę. Tak powstała Akademia
Stosowania Prawa.
I.S.: Jednakże firm szkoleniowych jako
takich jest w Warszawie bardzo dużo.
Nie bałyście się tego, że Was stłamszą,
że nie uda się Wam przebić?
M.D-G.: Ku mojemu zdziwieniu uczestnicy
zaczęli zapisywać się na nasze szkolenia
praktycznie od razu po tym, jak
ruszyła strona internetowa Akademii,
bez dużych nakładów marketingowych.
Zaczęłam też prowadzić szkolenia zamknięte
dla największych polskich firm,
uczestnicy zawsze byli i nadal są zachwyceni
ich merytoryką i organizacją. Z perspektywy
czasu stwierdzam, że kluczem
do sukcesu Akademii było to, iż od początku
prowadziłam elitarne szkolenia,
w małych grupach, z bardzo dobrymi
materiałami autorskimi, współpracując
z wybitnymi wykładowcami-praktykami,
często moimi przyjaciółmi „po fachu”.
A.D.: Dzięki ciężkiej pracy, szerokiej
wiedzy, a przede wszystkim doskonałym
(w ocenie naszych uczestników szkoleń)
umiejętnościom przekazania wiedzy
prawniczej, która skądinąd jest wiedzą
specjalistyczną, często niezrozumiałą
dla przeciętnego człowieka, udało nam
się pokonać wielu konkurentów. W mojej
ocenie kluczem do naszego sukcesu
są przede wszystkim pewne specyficzne
cechy charakteru i osobowości. W Warszawie
i w całej Polsce jest wielu bardzo
dobrych prawników, ale nie każdy dobry
prawnik będzie dobrym wykładowcą.
Do tego potrzeba czegoś więcej niż tylko
wiedzy, doświadczenia czy znanego nazwiska,
trzeba po prostu umieć tłumaczyć
wątpliwości i odpowiadać na pytania.
I.S.: Najpierw współpraca w Akademii,
teraz w kancelarii prawnej – a przecież
mówi się, że z rodziną lepiej w biznes
nie wchodzić...
M.D-G.: To wszystko zależy od wychowania.
W dzieciństwie bardzo często się
kłóciłyśmy i to określenie jest dość delikatne,
bo były pomiędzy nami ciągłe
wojny (śmiech). Nasza mama jednak powtarzała
nam do znudzenia: „jesteście
przecież siostrami, musicie się dogadać”.
Dzięki temu mamy silnie wpojone poczucie
jedności.
A.D.: Oczywiście, wspólny biznes może
rodzić konflikty, ale mogą się one pojawić
bez względu na powiązania wspólników
czy partnerów. My znamy się bardzo
dobrze, możemy na siebie wzajemnie
liczyć – a to jest podstawą udanego
przedsięwzięcia: zaufanie i szacunek.
I.S.: Co najbardziej cenicie sobie we wzajemnej
współpracy?
M.D.: Dzięki temu, że łączą nas więzy
krwi, łatwiej i szybciej jest nam osiągnąć
najwyższy poziom zaufania.
A.D.: Zaufanie powoduje, że możemy
sobie pozwolić na to, aby dać czasem
sobie nawzajem wolną rękę w realizacji
pomysłów, nawet jeśli mamy nieco inne
zdanie na dany temat – ufając, że w rezultacie
wypracujemy najlepsze rozwiązanie.
I tak się dzieje.
I.S.: Monika prowadzi kancelarię już
od wielu lat, Ty zaś dołączyłaś do niej
stosunkowo niedawno, wcześniej ciągle
pracowałaś „dla kogoś”. Dlaczego uznałaś,
że nadszedł czas na zmianę?
A.D.: To prawda, przez kilka lat współpracowałam
z renomowanymi warszawskimi
kancelariami prawnymi. Dzięki
osobom tam pracującym wiele się nauczyłam.
Popełniłam również swoją porcję
błędów i dzięki temu budowałam
swoje doświadczenie. U siostry z pewnością
nie dostałabym takiej szkoły życia
(śmiech). Teraz mało jest rzeczy, które
mogłyby mnie zaskoczyć. Nauczyłam się
dystansu. Poza tym każdy prawnik powinien
odnaleźć swoje miejsce w tym morzu
możliwości, jakie daje mu prawo.
Trzeba wielu rzeczy spróbować, mieć szeroką
orientację, ale jednocześnie też zawodowy
autorytet, dla mnie jest nim
moja siostra. A dlaczego akurat teraz? Od
wielu lat rozmawiałyśmy o tym, że kiedyś
taki moment nadejdzie, takie były nasze
zamiary i plany – i w końcu ten czas nastąpił.
M.D-G: To był świadomy plan. Kiedy
Ania skończyła studia prawnicze, od razu
jej powiedziałam, że musi praktykować u innych niż ja prawników, aby miała
możliwość porównania, oceny.