A jednak się kręcą... wskazówki
2010-03-09
(fot. producenta)
A
A
A
Gdy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku wszystkie marki zegarkowe znalazły się na krawędzi bankructwa, fakt ten nie interesował nikogo innego oprócz właścicieli i wierzycieli. Powszechnie było wiadomo, że taka sytuacja, to normalna kolej rzeczy, oraz efekt rozwoju technicznego i cywilizacyjnego.
W czasie wspomnianego kryzysu, niemal wszystkie marki zegarkowe zmieniły swoich właścicieli. Te najlepiej znane, bardzo szybko znalazły nowych nabywców. O kupców dla tych najbardziej zadłużonych – zadbały banki. Firmy będące w przyzwoitej kondycji, których jednak nie udało się utrzymać, oraz te które idąc „pod młotek”, nie zalazły chętnych do inwestycji w niepewnej branży, kończyły swoje istnienie i często szły w zapomnienie. Niezależnie od wszystkich powyżej opisanych dróg, każda z firm, zarówno ta najlepsza, jak i te które finalnie upadła, przechodziła poważną restrukturyzację i drastyczne cięcia kosztów.
Okazało się, że koniunktura w zegarmistrzostwie waha się jak wahadło i już w końcu lat osiemdziesiątych nastąpiło odrodzenie się branży. Firmy, które cały czas utrzymywały się na rynku, takie jak Patek Philippe, czy IWC Schaffhausen najszybciej wróciły na swoje pozycje. Te, które nie miały nadmiernego bagażu doświadczeń wynikającego z ciągłej obecności na rynku, w trudnych czasach i do tego dostały się pod kreatywne kierownictwo (Ulysse Nardin, Girrard Peregaux) wracały w najlepszym stylu, wskakując zwykle do „wyższej zegarkowej ligi”. Wśród nich, były takie, które mając dużo szczęścia wracały bardzo szybko (Blancpain), a inne na powrót czekały przez długie kolejne lata (H. Moser&Cie).